|
ARCHIWUM
2010 ZNAJOMI LINKI
Znajdziesz mnie też na:
design by gingery
|
|
|||
|
poniedziałek, 6.czerwca.2011, 12:07
Dawno nie pisałam, ale ciężko było mi ubrać w słowa to, co wydarzyło się wokół mnie. Potem poszliśmy powoli na molo. Przytuleni, osnuci nikotynowym dymem, niczym siwym całunem obietnic. - "Dawno nie byłem nad morzem, jak tu pięknie..." Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Komentarze (14), Dodaj
Zagubiona, bardzo długie.. ale od serca piątek, 25.marca.2011, 10:00Był czas, gdy wyznawałam jedyną słuszną świętość. Miłość - była dla mnie priorytetem i stała na najwyższym z piedestałów... ale zgubiłam drogę i teraz szamoczę się bezradnie. Jestem z kimś, kto wiele dla mnie uczynił, ale boję się, żeby nie skończyć tak, że będę z Nim w końcu jedynie z wdzięczności i dla samej idei spokojnego bytu, w którym nic nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. Coraz częściej nachodzą mnie niepokojące myśli czy nie chciałabym czegoś więcej od życia. Tu mam dom, kochającego chłopaka, z którym nie mam problemów, bo pracuje, nie pije, wraca do domu i nigdzie się beze mnie nie rusza. Jednak w pewnym sensie zaczęło mnie to przytłaczać. Jednak X zrobił sobie ze mnie popychadło do wszystkiego, choć nie przyznaje tego otwarcie usprawiedliwiając się faktem, że sam ciężko pracuje. Najlepiej by było gdybym znała się jeszcze na hydraulice i mechanice, o i miała dochodową pracę... wtedy może by mnie w istocie szanował za to co robię. Na domiar moich nieszczęsnych wahań odezwała się do mnie jeszcze stara miłość. Łukasz jest chłopakiem, którego poznałam przez sieć... (powszechnie robiona przez nastolatki głupota). Pisałam już o tym kiedyś.. ale X się dorwał do bloga i kazał mi usunąć notki o moich poprzednich partnerach i kochankach. Teraz jednak wyegzekwowałam odrobinę swojej prywatności i wymusiłam na Nim zaakceptowanie faktów z mojej przeszłości, która nie była niewinna. Blog zaś postanowiłam zabezpieczyć hasłem. Miałam 15 lat, gdy przypadkiem poznałam Łukasza, mieszkał w okolicach Białegostoku, ja zaś Gdańska.. dzieliło nas sporo kilometrów. Mimo wszystko szybko zostaliśmy „parą”, choć bardziej była to zażyła przyjaźń. W naszych relacjach przez rok nie padały żadne zbędne czułości czy nawiązywanie do erotyki. Wiedzieliśmy natomiast o sobie wszystko na bieżąco.. W dzień pisanie i rozmowy przez skype'a, wieczorem sms... Zawsze i o każdej porze mieliśmy dla siebie czas. Pamiętam, że pierwszy rok był cudowny, pełen śmiechu, optymizmu i radości. Przez okres dwóch lat ani razu się nie pokłóciliśmy. Niestety z biegiem czasu zaczęliśmy oczekiwać czegoś więcej. Po roku narastający popęd zaczął dawać o sobie znać. Zaczęliśmy rozważać o tym „jakby to było gdybyśmy się kochali...”. Powstało wiele barwnych historii spisanych przy sykype, mnóstwo słodkich telefonów i kilka miłosnych listów. Nie mogąc wytrzymać rozłąki z Ł. na 16 urodziny wyprosiłam u rodziców podróż do mojego chłopaka. Pojechali ze mną, bojąc się o moją domniemaną 'cnotę'. Wiedząc, że mając naście lat łatwo popełnić życiowy błąd. Wtedy czułam się zażenowana ich obecnością, teraz lepiej ich rozumiem. Pojechałam do mojej miłości dosłownie na jeden dzień... ale to był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Wyrył mi się strasznie w sercu. Do niczego (prawie) nie doszło. Jakby nie było, byliśmy pod czujnym okiem, ale zdarzały się chwile kiedy oko to mrugało.. Wtedy były najgorętsze pocałunki, głębokie spojrzenia i spragnione, niespokojne dłonie. Rozstanie było trudne, do tej pory cisną mi się łzy. Ostatni pocałunek, ostatnie utulanie w ramionach, ostatnie zdanie wypowiedziane Jego schrypniętym, grożącym załamaniem głosem: „Proszę Cię, nie płacz..” i ostatni dotyk.. Pamiętam.. to było w hotelowej recepcji.. Byliśmy tam na wystawnym obiedzie we czwórkę. Ł. musiał już wracać, więc odprowadziłam Go do głównego holu hotelu trzymając za rękę. Ostatni dotyk.. który trwał od nadgarstka do opuszek Jego palców. Choć trwało to sekundy, dla nas czas się wtedy zatrzymał, a Jego dłoń wyślizgiwała się z mojego uścisku w zwolnionym tępie. Potem były już tylko rzewne łzy i droga powrotna. Płakaliśmy. Płakaliśmy oboje. Płakaliśmy tak długo, aż usnęliśmy ze zmęczenia. Tylko po to aby się obudzić... Każde w swoim świecie, przeżywając traumę prowadzącą ku upadkowi. To był jedyny raz kiedy się widzieliśmy w ciągu prawie czterech lat trwania naszego związku. Po trzech latach wszystko zaczęło się stopniowo rozpadać z braku bliskości. Tęskniliśmy za sobą strasznie. Jednak nasi rodzice stawiali nas do pionu powtarzając, że najważniejsza jest szkoła, matura i dobre studia. Tak zaczęliśmy pomagać sobie nawzajem w lekcjach i powstał nowy cykl obietnic pt. "Kochanie, byle do studiów. Wtedy będziemy razem! Jeszcze tylko dwa lata... jeszcze tylko rok...". Miałam do Ł. Ogromny żal, że nigdy nie odwiedził mnie w wakacje.. jednak będąc nad morzem ze swoją rodziną wielokrotnie mnie zapraszał, Jego rodzice osobiście zapraszali mnie na Sylwestra, nawet mieli pogadankę z moimi rodzicami. Nigdy jednak na żadne z zaproszeń nie mogłam przystać, albo raczej nie miałam na nie przyzwolenia. Moje odmowy opierały się na twierdzeniach mojej matki, że gdyby Ł. chciał to SAM by do mnie przyjechał. Potem do tego zaczęły dochodzić jej spekulacje, że ma pewnie tam dziewczynę i się z nią nieźle zabawia, a ja jestem głupia, że mu ufam. Choć nie dawałam tego po sobie poznać zniechęcanie mojej mamy bardzo mnie podłamywało. Stawałam się podejrzliwa do przesady. Ostateczną przyczyną rozpadu naszej znajomości było to, że Ł wybrał karierę, wysoko postawione znajomości, koncertowanie i przeginanie z używkami. Tego ostatniego nie potrafiłam zaakceptować. Robiłam mu wyrzuty, próbowałam go przed tym chronić.. ale będąc daleko z biegiem lat ciężko jest utrzymać kontrolę nad takimi rzeczami. Ł. polubił życie na fali, bawiąc się zapominał o mnie i o bólu, który dzieliliśmy... Czego dla mnie było wówczas za wiele. Zabrakło mi odwagi, ażeby o Niego walczyć. Co prawda uciekłam raz w ferie z domu (z przyczyny rodzinnych) i byłam gotowa jechać do Ł. ... Porozmawiać z Nim i przemówić do rozsądku. Uświadomić jak bardzo mi na Nim zależy i to, że jest dla mnie najważniejszą osobą na świecie. Tyle, że moi rodzice domyślając się co zamierzam i zgarnęli mnie z dworca. Nastraszyli nas oboje policją, mnie zaś brakowało paru miesięcy do pełnoletności. Narastała we mnie zazdrość, frustracja i rozdrażnienie. Długo się męczyliśmy, nie potrafiąc zadecydować o rozstaniu. W końcu przed 4 rocznicą Ł. ze mną zerwał.. Nie wiem jak udało mi się wybrnąć z depresji jaką po tym przechodziłam. Rozeszliśmy się co prawda na stopie przyjacielskiej. Ł. poznał nową dziewczynę. Próbowaliśmy być przyjaciółmi jak kiedyś.. ale to było od początku spisane na niepowodzenie. Płakaliśmy tylko i rozpamiętywaliśmy to co było między nami. Z trudem czytałam co u Niego i Jego dziewczyny. Po jakimś czasie 'rozmów zmierzających donikąd', stwierdziłam, że to nie ma sensu.. że nie chcę cierpieć godząc się z tym co się stało. Zresztą to było niesprawiedliwe wobec Jego dziewczyny. NAPRAWDĘ chciałam żeby ułożył sobie życie beze mnie. Pożegnałam się z Nim i zniknęłam. Zerwałam kontakt całkowicie.. żadnych fotek.pl, naszych-klas, zmieniłam e-mail i nr gg.. chciałam też zacząć żyć na nowo po wielu przepłakanych nocach. Nie było Go w moim życiu przez dwa długie lata.. a jakiś czas temu przyszedł od Niego mail.. że będzie czekał na mnie jutro w mieście, w którym się uczę. Ponoć od pół roku mnie szukał, ponoć życia nie potrafi sobie beze mnie ułożyć. Pisał, że tkwię w Nim i nie wie co ma z tym zrobić. Chce porozmawiać, chce mnie odzyskać i otrzymać wybaczenie... mimo że wie, że nie jestem sama. Boję się. Naprawdę boję się co będzie dalej, bo ta wiadomość mnie na swój sposób ucieszyła. Nienawidzę siebie za to, że nie potrafię być wobec Niego stanowcza i za to, że w głębi duszy bardzo chcę Go znowu zobaczyć. Prawdopodobnie w ten weekend podejmę to ryzyko i spotkam się z Nim. Chciałabym w końcu znaleźć ukojenie. Jest jeszcze dylemat... jak powiedzieć X o tym co dzieje się w moim sercu. Mam nadzieję, że to spotkanie rozwieje wszelkie wątpliwości, w przeciwnym razie chyba zwariuję. Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
niedziela, 20.marca.2011, 12:36
Siedząc ostatnio samotnie w moim nowym domu. Nie mogąc zmotywować się do przeprowadzenia jakichkolwiek czynności porządkowych pod nieobecność mego (w tym wypadku niezwykle zawadzającego) skarba, doszłam do wniosku, że wróciło do mnie natchnienie! Być może to przez to, że z rozpieszczonej, zbuntowanej dziewczynki dojrzałam do bycia kobietą (choć wiem, że jeszcze wiele muszę się nauczyć). Wyprowadziłam się z rodzinnego domu, wyrywając się tym samym spod skrzydeł nadopiekuńczych rodziców. Żyjąc na wiosce, na własny rachunek zaznałam wielu pięknych jak i przykrych doświadczeń. Poczułam czym jest wolność i odpowiedzialność za siebie i partnera. Po dłużącym się roku wreszcie znalazłam pracę, nadal się uczę licząc na tytuł technika... a jednak mimo nadchodzącej wiosny nie wszystko układa się tak sielankowo. Ponoć każdy ma na dnie serca kogoś, za kim skrycie tęskni. Chyba, że fortuna mu sprzyja i ma tę osobę przy sobie. Niestety mnie się nie poszczęściło. :( Jest ten ktoś, kto mąci mi w głowie. Nie pomogło spalenie wszelkich pamiątek, wypełnianie sobie czasu przeróżnymi zajęciami, ani nowa miłość. Nie pomaga również mijający czas czy dzielące nas kilometry. Historia jak z żałosnego romansu, ale coś skłania mnie do jej spisania... Może to, że to do mnie wraca... Wraca teraz, kiedy moja codzienność zaczynała się normować. Kiedy jest już przy mnie inny mężczyzna, który o mnie walczył, przy którym budzę się i zasypiam. Na barkach czuję ogromny ciężar, który chciałabym w końcu zrzucić. Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
sobota, 19.marca.2011, 11:55
Z X wiele nas zaczynało łączyć. Oboje kochaliśmy gitary i ich brzmienie, byliśmy porywczy i do spełnienie potrzebna nam była tylko niezmącona niczym wolność. Życie dla nas nie musiało opływać w luksusy, mieliśmy od teraz siebie – najcenniejszy ze skarbów. Jego rodzina w odróżnienia do mojej, zaakceptowała fakt, że nowa dziewczyna ich dwudziestoczteroletniego syna ma 18 lat. W ich gronie, przy świątecznym stole czuć było sympatię i wsparcie, którego potrzebowaliśmy w tamtym czasie.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
poniedziałek, 25.października.2010, 12:03
Gdy tylko dojechaliśmy na miejsce zaświeciły mi się oczy. Tak jak mówił, była to niewielka wioska. Parę odremontowanych domostw, ale czuć było jeszcze negatywne skutki upadku pobliskiego PGRu. Domek położony kilkadziesiąt metrów od jeziora, w którym migotały przenikające przez mleczne chmury promienie słońca. Cisza i spokój. To wszystko, czego brakowało w moim życiu. X otworzył mi drzwi domu i puścił mnie przodem, uprzedzając żebym się nie przestraszyła. W końcu od siedmiu miesięcy prowadził kawalerski tryb życia i byłam na to przygotowana. Jednak nie było tak źle jak zasugerował. Walające się tu i ówdzie puszki, girlandy z pajęczyn pod sufitem czy zatrzęsienie kubków po parzonej kawie nie wywołały we mnie jakiegoś zniechęcenia - no może nie zachwyciły mnie pająki, na które mam dosłownie alergię i wstręt, ale powiedziałam sobie w duchu, że jeśli nasza znajomość przetrwa choćby i na stopie przyjacielskiej to pomogę mu zaprowadzić tu ład.
Dom ogółem przestronny, z dużą kuchnią i piętrem. Wchodząc do pokoju podzielonego na dwie części (pierwsza pełniąca rolę typowej bawialni z przebiciem do salono-sypialni), moją uwagę przykuła kolekcja gitar i klimatyczny kominek stojący w szerokim przejściu do drugiej części pomieszczenia. Usiadłam na kanapie, a X przyniósł kawę na rozgrzanie i zaczął rozpalać w piecu. Gdy mu się udało, zadowolony usadowił się koło mnie łapiąc za gitarę. Zaczęłam jakiś błahy temat, że mam gitarę elektryczną. Kupioną za grosze, tyle tylko że ma jakąś wadę i trzeba by ją rozebrać na części, na czym ja się kompletnie nie znam. X uśmiechnął się i zaoferował swoją pomoc, i tak zaczęły się moje wizyty u Niego. Rodzice byli zdumieni, gdy mówiłam, że jestem poza miastem - nie podobało im się to. Ojciec jednak przestał zabraniać mi na te wyjazdy, wiedząc, że przestaję się z nimi liczyć i jeśli mi zabroni to tylko usłyszy trzask zamykanych za mną drzwi. Obiecałam sobie, że tego związku nie pozwolę im zepsuć i nie dam się zastraszyć ani złamać. Do X jeździłam raz, dwa razy w tygodniu. On pracował, ja miałam szkołę, w której z paru przedmiotów nie szło mi najlepiej i bardziej się bałam, że uziemią mnie w ostatniej klasie ogólniaka niż tego, że nie zdam matury. Jak bardzo cieszyłam się, że X mnie nie zostawił... gdy miał wolne, ja miałam zajęcia do 15... więc gdy mnie ze sobą zabierał mieliśmy na dobrą sprawę godzinę dla siebie, bo większość czasu zabierała nam droga. Zaś godzina w jego domu zwykle była przerywana przez dziesięć telefonów od mojej matki, z pytaniami co robimy i groźbami co mnie czeka jak nie wrócę do osiemnastej. ![]() Zbliżały się święta, pierwsze święta, które postanowiłam spędzić poza domem. Bardzo chciałam być z X. Wiedziałam, że cierpi katusze w tym pustym domu, a przecież w ten dzień każdy powinien mieć z kim usiąść do stołu, albo chociaż symbolicznie przełamać się opłatkiem. X jednak sam zaskoczył mnie zawczasu, przekazując zaproszenie od swoich rodziców na świąteczny obiad. Nie sądziłam, że tak szybko ich poznam. Nie spodziewałam się, że to jeszcze nie koniec niespodzianek z Jego strony. Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Tak.. To ja, będę Twoją panią... ;> czwartek, 21.października.2010, 12:51X: (...) ale ja jestem brzydki... Ja: Ale jo....każdy tak mówi, ja także; ;P X: mam dziwną pracę i jeszcze dziwniejsze hobby... a jak zobaczysz najbrzydszy samochód na parkingu, to przygotuj się na to, że to właśnie nim na bank pojedziesz. Ja: i... coś jeszcze? Bo jak do tej pory to ta Twoja antyreklama działa nieskutecznie, bo wręcz zachęcająco. :D X: Ty chyba ze mnie drwisz, a ja mówię poważnie. Pewna jesteś, że chcesz się spotkać ze mną? Ja: jeśli tylko samochód ma cztery kółka i chce Ci się pofatygować na dojazd, to jak najbardziej. W końcu chcę się zobaczyć i zapoznać z Tobą, a nie ze srebrnym Audi A8, tudzież Golfem 6. X: Dziwna jesteś, większość kandydatek z portalu wymiękało po wzmiance o samochodzie. To była już moja sprawdzona taktyka, a teraz przez Ciebie całą moją strategię szlag jasny trafił. Ja: Więc przyszły czwartek na CPN-ie i bez żadnych wymówek. :) To fragment z naszej ostatniej rozmowy przed spotkaniem, który wyrył mi się strasznie w pamięci i do dzisiaj poprawia mi humor. :) Zarazem był to też pierwszy raz kiedy poczułam do Niego tę diabelną serdeczność, nim Go jeszcze na dobrą sprawę poznałam osobiście. Spotkaliśmy się na jakże romantycznej stacji paliw, nieopodal której mieszkałam. Dziwne i mało stosowne miejsce do flirtu, jednak po moich przejściach z internetowymi znajomościami wolałam nie ryzykować ustronnymi lokalami. Pamiętam doskonale... gdy zajechał na parking...zadbanym wiśniowym polonezem. Nie patrzyłam na auto, gdy tylko zobaczyłam go za kierownicą ruszyłam szybkim krokiem w Jego stronę. Wysiadł z samochodu, miał na sobie tę samą skórzaną kurtkę, a włosy starannie zaczesane i związane w kitka. Wysoki i szczupły, o lekko pociągłej twarzy i wyrazistych rysach - serce mi załomotało na Jego widok. Podszedł do mnie, podając mi dłoń i proponując kawę na stacji. Po kawie pojechaliśmy do pizzerii. Nie pamiętam już o czym dokładnie rozmawialiśmy... po trochu o nas, o zainteresowaniach, o życiu i wartościach... Typowe "badanie gruntu i spójności". Potem odwiózł mnie do domu przed powrotem matki z pracy. Nie było to zobowiązujące spotkanie, ale spodobało nam się wzajemne towarzystwo. Umawialiśmy się na kawkę, gdy tylko była chwila, a godzina 18 stała się świętym wyznacznikiem końca naszych randek. Kończył się listopad i pogoda przestała szybko sprzyjać na plenerowe spotkania. Pewnego dnia zaproponował, że pojedziemy do Niego, jeśli moi rodzice są tak restrykcyjni i szorstcy w obyciu... Chętnie się zgodziłam, wiedząc, że z Jego strony nie grozi mi nic, na co sama nie przyzwolę. Jadąc samochodem, patrzyłam to na Niego, to na przesuwające się za szybą widoki. Mój towarzysz widząc moje zamyślenie nawiązał dialog. X: Mieszkam w małej wiosce, wiesz gdzie leży M...? Ja: (uśmiechając się)Sprawdzałam na mapie, ale oprócz tego, że to jakieś 30km stąd to w ogóle nie znam Twoich stron. X: (nieco zdziwiony)Nigdy nie jeździłaś po tych okolicach i jedziesz ze mną w obce miejsce? Nie boisz się? Ja: (patrząc mu w oczy) Nie, nie boję się. X: A powinnaś, a co gdybym był ostatnim sukinsynem i już byś nie wróciła do domu? Ja: (śmiejąc się) Ale nim nie jesteś. Co więcej, bije od Ciebie na kilometr dobrym człowiekiem. X: (mierzwiąc mi i tak już poskręcane włosy)Muszę chyba zmienić wodę kolońską... To mówisz, że nie jestem, aż taki zły, nawet wożąc Cię podejrzanym polonezem? Ja: (kładąc Mu dłoń na ramieniu i posyłając ciepły uśmiech) Nawet wówczas... ![]() Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Przeznaczenie sprzed supermarketu środa, 13.października.2010, 13:39Późny listopad roku ubiegłego, zostało półtora miesiąca do studniówki. Mama jak zwykle wróciła po 18 z pracy. Zaproponowała mi przejażdżkę na zakupy, nie oponowałam. Lubiłam wieczorami przebywać poza czterema ścianami domu, a to była jedna z nielicznych sposobności ku temu.
Pojechałyśmy do pobliskiego marketu, zapadał zmierzch. Wysiadając z taksówki moją uwagę przykuł dźwięk uderzanych z uczuciem strun. Ktoś grał pod sklepem na gitarze. Chłopak, nie... Bardziej młody mężczyzna, siedział na barierce pod zadaszeniem marketu i grał w ten już chłodny, zwiastujący rychłe nadejście zimy wieczór. Pochylony nad gitarą, wydawał się ignorować ludzi przechodzących koło niego lub przystających słuchaczy. Nie reagował na dźwięki rzucanych monet, nie żebrał. Długie włosy opadały mu kosmykami na twarz i ramiona, przyodziane w cienką skórzaną kurtkę. Przyłapałam się na tym, że nie mogłam oderwać od niego wzroku, był jak magnes. Technika jego gry, mimo, że nie przesadnie wyuczona, dawała odczuć, że gra sprawia mu przyjemność i uwalnia od jakichś, tylko jemu znanych zmartwień. Nie mogłam sobie jednak pozwolić na bezkarne adorowanie wśród gapiów tego wieczornego grajka w obecności matki. Wiedziałam co o nim mogła pomyśleć, obrzucając spojrzeniem pełnym wzgardy i pożałowania. Pobiegłam po sklepowy wózek i weszłyśmy do labiryntu regałów i stoisk, a ja pragnęłam w duchu by zobaczyć jeszcze choć raz ów nietuzinkowego muzyka. Zakupy strasznie mi się dłużyły, a gdy dobiegły końca z ulgą stwierdziłam, że mój tajemniczy obiekt zainteresowania nadal przebywa w pobliżu. Pomogłam wypakować zakupy do samochodu i zaoferowałam się do odstawienia wózka do boksu przed marketem. Pchając przed sobą to żelastwo pytałam się w duchu "Co Ty do diabła wyprawiasz?! Co chcesz zrobić? Myślisz, że zwróci na Ciebie uwagę, akurat na Ciebie!? HA, łudź się dalej!", ale serce wbrew rozsądkowi podpowiadało, że jeśli przejdę obok niego obojętnie to... to on zniknie i już nigdy więcej go nie zobaczę. Rozpłynie się, stając jedynie majakiem wśród wspomnień. Nie wiedziałam co zrobić, nie miałam drobnych, ale przypinając wózek pomyślałam, że może dam mu choć tę dwuzłotówkę. Wracając do samochodu przystanęłam przed nim i rzuciłam monetę. Ta zaś odbiła się od górki pozostałych klepaków rozsypując ją i robiąc przy tym sporo hałasu. Pieniążek przetoczył się jeszcze kawałek i przewrócił się z gracją, jakby nigdy nic. Zaskoczony gitarzysta uniósł głowę wbijając we mnie przenikliwe szarozielone oczy. Wybełkotałam coś, że podobało mi się jak gra i wzięłam nogi za pas, czując, że pieką mnie policzki. Odchodząc usłyszałam, że podziękował i czułam, że mnie odprowadza wzrokiem. Gdy wsiadłam do samochodu i zbierałyśmy się do powrotu do domu, go już nie było. Pomyślałam, że to głupie... żeby zakochać się od tak, gdy po ostatniej przygodzie obiecałam sobie, że przestanę szukać na siłę miłości. Logiczne było to, że już go więcej nie zobaczę. Nie był z mojego miasta - tu znam wszystkich lubujących się w gitarowym brzmieniu. Gdy dałam spokój analizom, czy mogłam zrobić coś lepszego, zaczęło zakradać się znudzenie. Dla zaspokojenia swojej próżności i ciekawości zalogowałam się na kilku portalach towarzyskich, chcąc sprawdzić czy są tam faktycznie jacyś ludzie, w których jak głosiły hasła, mogę odnaleźć drugą połowę. Jak wielkie było moje zdumienie, gdy wciągu tygodnia znalazłam GO na jednym z serwisów! Mój muzyk... Czytając nieco informacji na jego temat coraz bardziej zaczynał mnie intrygować. Miał 23 lata, obawiałam się, że weźmie mnie za małolate. Nie wiedząc jak się do niego odezwać zaczęłam wypełniać jakiś test osobowości - ile mamy ze sobą wspólnego, czy coś w tym stylu. Nie wiedziałam, że wyniki zostają przesyłane do nas obojga. Pod koniec tygodnia dostałam od niego wiadomość. Zaczęliśmy pisać ze sobą. Nie pamiętał mnie, a i ja nie wyrywałam się z tym, że nie jest mi tak bardzo obcy jak mogłoby się wydawać. Parę dni później postanowiliśmy się spotkać. ![]() Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Infantylnie... jak cholera IV (Opiekunki III) niedziela, 7.marca.2010, 23:33Czas leciał dalej... Dni, tygodnie, miesiące... Było jeszcze parę epizodycznych pań, które nie zagrzały długo miejsca ani w mym domu, ani zbytnio w pamięci. Bodajże kończąc podstawówkę zjawiła się stała nowa... już nie niania - a "pomoc domowa"! Była to matka studentki, która niegdyś zajmowała się mną, gdy byłam jeszcze małym bąblem. Bardzo życzliwa i opiekuńcza była z niej kobieta, pod jej okiem spędziłam kolejne siedem lat swojego życia... Nie narzekam jednak z tego tytułu. Z biegiem lat pani ta zaczynała traktować mnie jak własną córkę, rozmawiała o życiowych problemach, moich kontaktach z koleżankami, a później relacjach z pierwszymi chłopcami... Dawała mi bardzo fajne rady, kiedy było trzeba ganiła, lub wyrażała klarownie swoje zdanie, z którym niekoniecznie musiałam się zgadzać. Zastępowała mi matkę, taką normalną matkę, która czekała w domu z ciepłym obiadem... Która chciała usłyszeć ode mnie coś więcej niż standardowe "Co w szkole?".
Ta kobieta była dla mnie prawdziwym aniołem. Bez niej byłoby mi o wiele trudniej... Rozmowy z nią pomagały mi oczyszczać duszę z nadmiaru zmartwień... ze wspomnień psychologicznego piekła domu rodzinnego, który stał się moim wieloletnim więzieniem. Była ramieniem, na którym mogłam wesprzeć się zwierzając z nieszczęśliwych miłości czy kłótni z przyjaciółką... Była, gdy moi rodzice nie chcieli słuchać... by nie dopuszczać do siebie myśli, że z czasem... że z czasem przestaję być ich małą zabaweczką, dziewczynką, która kuli się po każdym tupnięciu nogą... Długo nie dopuszczali do siebie tej straszliwej wizji, że nabieram własnego światopoglądu mimo ich usilnych starań separacji od niewygodnych problemów i tematów związanych z wiekiem dorastania. Brakło im słów i racji na argumentowanie swoich poczynań wobec mnie, a gdy mej matce brakowało słów... wpadała w najzwyklejszy szał. Pani ta opuściła mój dom stosunkowo niedawno. Tuż po moich 18tych urodzinach poleciała do Stanów za pracą... Stwierdziła, że za takie pieniądze to co robi w moim domu to syzyfowa praca... że gdyby nie zobaczyła na własne oczy do czego są zdolni pozornie dorośli i wykształceni ludzie w bezpiecznym zaciszu swojego domostwa, to nie uwierzyłaby... Minął prawie rok od jej podróży, wraca w ten poniedziałek.. Jestem przeszczęśliwa, że znowu ją zobaczę! Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Infantylnie... jak cholera III (Opiekunki II) niedziela, 28.lutego.2010, 04:00Sylwia, bo tak na imię było studentce prawa, po wakacjach wróciła na studia. Potem chyba poleciała do U.S.A. w ramach wymiany. Nasze drogi też zeszły się ponownie po paru ładnych latach. Kontynuując jednak dalej wspomonkowo-biograficzne wywody... Zaczęłam wkraczać w okres zerówki. Pierwsze kroki w funkcjonowaniu jako jednostka w grupie. Do szkoły nie miałam daleko, mieściła się ona niecały kilometr od mojego domu. Mimo to rodzice wozili mnie do niej i odbierali taksówką, gdyż nigdy jakoś nie paliło im się do kupna własnego samochodu. Był to dla nich jedyny sprawdzony sposób, aby mieć pewność, iż dotarłam cało do punktu docelowego. Ta forma kontroli długo mnie później prześladowała.
Samą zerówkę pamiętam raczej z pozytywnych aspektów. Wykazywałam się tam bardziej w indywidualnych zadaniach manualnych niż w grach czy też zabawach zespołowych. Zerówka, etap zabawy gumowymi dinozaurami, robienia ludzików z kasztanów, babranie się w plastelinie... ot takie tam... Choć to podczas zerówkowych zajęć katechezy po raz pierwszy usłyszałam jakieś konkrety o Bogu. W moim domu nie było dla Niego czasu, ani miejsca. Gdy usłyszałam o Biblii podeszłam do tego jak do zbioru baśni... Cuda? Przemiana wody w wino, wskrzeszenie Łazarza itd... to brzmiało nielogicznie, nie potrafiłam tego pojąć i podświadomie zdaje się już wówczas był to dla mnie temat problematyczny, w którym nie miałam nic do powiedzenia. Pamiętam, że zawsze było mi wstyd, bo nie znałam kalendarza liturgicznego i często spuszczałam oczy, gdy katechetka pytała o jakieś daty. Do tej pory w sumie o większości świąt, postów, adwentów etc. informują mnie znajomi lub w razie potrzeby wszechwiedzące google... W moim życiu pojawiła się niebawem i nowa babysitterka... Była to kobieta starsza, mogłaby być moją babcią i w gruncie rzeczy tak właśnie zaczęłam ją dość szybko traktować. Towarzyszyła mi przez 5 długich lat. Zmarła niestety, gdy miałam iść do 4kl. szkoły podstawowej. Była jedną z nielicznych osób, na której pogrzeb się wybrałam... A mimo to nie byłam w stanie płakać nad świeżym grobem, wśród ludzi zalewających się łzami... Moje serce poruszył dopiero po tygodniu obrazek, z krótkim tekstem: "Byłam - czym jesteście Jestem - czym będziecie Czy później, czy wcześnie, Umrzeć trzeba przecie Ciężki krzyż dźwigałam Na tym Bożym świecie, W mękach umierałam, Czemu więc płaczecie?" Wydaje mi się, że wtedy dopiero dotarło do mnie czym jest śmierć... Że ta kobieta, którą znałam, dla której byłam jak wnuczka, że ona już nie wróci. Ostatnie dwa lata jej życia musiały być piekłem. Częste zabiegi, pogarszające się problemy z chodzeniem, śmierć na szpitalnym łóżku... Dla kogoś, kto całe życie ciężko pracował, dbał o męża, zajmował się działką, pomagał rodzinie i wychowywał cudze dziecko - bezwładność była katorgą. Wstyd się przyznać... Miałam 11 lat, gdy odeszła, a kochałam ją bardziej niż własną matkę. Wówczas zaczęłam nabierać niepokoju, iż w moim domu coś jest nie tak. Przez Podstawówkę przeszłam jak burza... Rodzice robili wszystko bym klasy kończyła z wyróżnieniem. Zawsze miałam problemy z matematyką, ale nawet brak predyspozycji do tego przedmiotu nie był w stanie powstrzymać mamy przed nagabywaniem nauczycielki, aż ta dała tę naciąganą tróję. Patrzyłam na te zabiegi z bezradnością. Mimo iż wywoływały we mnie niesmak, a ignorowanie mojego głosu w kwestiach, że z czymś sobie nie radzę, jedynie pogłębiało niechęć do zabiegów rodziców... Religia stawała się dla mnie z roku na rok coraz większym absurdem, z czym się przestawałam kryć i zaczęłam prosić o wypisanie z tego przedmiotu, co było druzgoczące dla rodzicieli. Przystąpiłam do komunii, wraz z innymi dziećmi... Starałam sobie wmówić, iż to naprawdę głębokie przeżycie duchowe, choć nijak wpłynęło na moje życie. Bardziej utrwalił mi się proboszcz biegający z listewką i trzaskający nią po tyłku jak ktoś się pytał o godzinę na próbach generalnych (kościół był w budowie, stąd i ten dziwny atrybut wielebnego ;D)... Byłam pokrętnym typem osobowościowym, gdy tak się zastanowię. Dorastając na zakazanych piosenkach Kaczmarskiego i zasypiając przy lekturze Winnetou, czytanej przez ojca rosłam na chłopczycę i feministkę do tego. W szkole miałam jedną atrakcyjną koleżankę, która często prosiła o ochronę przed końskimi zalotami młodych amantów. Śmiech na sali, mój duch walki był znacznie masywniejszy od mojej postury... :D Matka widząc co to się wyprawia na siłę z kolei starała się zrobić ze mnie damę... I tu już się zaczęły powoli tworzyć między nami pierwsze poważniejsze barykady... W trakcie nauki w podstawówce pojawiła się następną opiekunką, mimo mojego marudziłam, że już nie chcę kolejnej pani do towarzystwa. Ta jednak była kompletną porażką, choć śmiechu było przy niej od groma. Była bardzo podobna do Panny Maj z Niani Frani... :D Lat koło 40, rudy natapirowany włos, maniaczka wszelkich seriali brazylijskich... Chuda szkapa o lajtowym i niedbałym podejściu do wszystkiego. Potajemnie wypuszczała mnie na podwórko bez wiedzy matki, by mieć mnie z głowy na parę godzin. Ponoć jak się rozbrykałam "na wolności" to uciekałam przed nią przez piwnice w bloku, gdy nie były jeszcze przegradzane. xD Nie muszę chyba mówić, iż długo nie popracowała, gdy rodzice zwątpili w jej kwalifikacje... xD Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
Infantylnie... jak cholera II (Opiekunki) piątek, 26.lutego.2010, 23:48Takich pań mających na celu zastąpić mi troskę i obecność rodziców przewinęło się przez mój dom kilka. Pierwsza opiekowała się mną kobieta mieszkająca na moim osiedlu. Nie pamiętam nawet jej wyglądu... ale była bardzo serdeczna, miała dwójkę swoich dzieci, nieco ode mnie starszych. U niej nawiązywałam pierwsze relacje z dziećmi i tak bardzo ograniczane, by uniknąć przywiązania. Pani ta zajmowała się mną przez okres przedszkolny. Wyprowadziła się jednak później na wieś i zerwał się kontakt, gdyż rodzice nie pałali chęcią wyjazdów... Tym bardziej na wioskę i mimo moich usilnych próśb temat został wygaszony i zapomniany. Jej dzieci miałam okazję spotkać dopiero w ubiegłym roku - jako dwójkę już dorosłych i pracujących ludzi. Nijak konfrontacja z nimi po tylu latach miała się do wspólnych zabaw i kąpieli w jednej wannie, które zapamiętałam - ale przynajmniej było się z czego pośmiać.. Już nie Kaka i Kekuś, jak niegdyś ich nazywałam... a Łukasz i Dorota.. Śmieszne, że człowiek czasem zapamiętuje takie pierdoły. xD
Moi rodzice żyli pracą i życiem publicznym, a zwłaszcza moja matka. Ukończywszy studia medyczne oddała się profesji lekarza i walkom ze spółdzielnią na rzecz mieszkańców osiedla. Pracując po 8-10 godzin prowadzenie domu szło jej średnio... I potrzebowała sporo pomocy by zapewnić mi tzw. „kobiecą rękę”, a mężowi ciepły posiłek. Z okresu dzieciństwa pamiętam jedynie to, że częściej bywał przy mnie ojciec... Wspólne robienie budowli z klocków, czytanie bajek, pocieszanie po oględzinach pierwszych siniaków... Był gdy tylko mógł być... Pogodny pan z wąsem... Często żartujący, śmiejący się i głoszący mądrości życiowe. Takiego chciałabym go zapamiętać, jednak czas w toksycznym domu zmienia wszystko z każdym rokiem... Po odejściu pierwszej niani, prędko do mego pokoju wstawiono telewizor.. Miało to na celu zagwarantowanie mi zajęcia - oczywiście w zaciszu domowym, ograniczenie sporów z wówczas 23-letnim przyrodnim bratem studentem, o którym opowiem w innej notce. Oprócz małego telewizora stojącego po dziś dzień, pojawiła się też nowa opiekunka... Tym razem młoda studentka prawa. (Obecnie wydaje mi się, że matka chciała ją ukradkiem zeswatać z moim bratem, lecz są to jednie moje domysły... Nie wyszło w każdym bądź razie). Była ona na okres przejściowy bodajże wakacji. Miła dziewczyna, ona pierwsza pokazała mi że świat nie kończy się na betonowym osiedlu. Pamiętam, że pewnego dnia zabrała mnie do parku na spacer... Mijane przez nas uliczki, gwar miejski, budynki, aż w końcu sam park... Był to dosłownie ogrom wszystkiego i chciałam wówczas chłonąć jak najwięcej... Całkiem nowe otoczenie, o istnieniu którego nie miałam nawet pojęcia. Świat roześmiany, oglądany z ciekawością, a nie przez łzy, jak podczas wywożenia do przedszkolanek. Nagle hermetyczne otoczenie zdawało się poszerzyć o miliardy kilometrów kwadratowych w odczuciach małego dziecka. Pełnia lata, wszechogarniająca zieleń i śpiew ptaków... Chyba od tamtej pory tak bardzo pokochałam lato. Zawsze kojarzy mi się ono z tym odkrywaniem piękna "nowego świata" w blasku lipcowego słońca i zapachem świeżo skoszonej trawy... Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
piątek, 26.lutego.2010, 00:24
Ponoć z wielkiej miłości matka jest w stanie zadusić własne dziecko... Cóż jestem skłonna uwierzyć w tak zgubną rodzicielską miłość, która mimo, że cenniejsza niż złoto, to potrafi niestety przerodzić się w pasmo traumatycznych przeżyć lub nawet w skrajnych przypadkach doprowadzić do tragedii.
Pamiętam podwórko oglądane przeze mnie przez okna jednego z wielu mieszkań na nowowybudowanym osiedlu, gdzieś na peryferiach mego małego miasta. Dziwne czasy, koniec komuny... Początki i rozkwit demokratycznego dobrobytu... narodziny pokoleń wyzwolonych, pokoleń mających możliwości...pokolenie 91r., moje pokolenie... właśnie zaczynało wówczas otwierać swoje niemowlęce oczka na nowy, lepszy świat... Trudno żebym wiele z tych zmian ustrojowych pamiętała, czy też odczuła je jakoś konkretniej w owych czasach... Teraz mam jedynie porównanie patrząc na swoje stare zdjęcia z zerówki i mając na uwadze parę wspominek z tego okresu. Zerkając na czarnobiałe lub pożółkłe fotografie moich rodziców, niegdyś mające odcień bladej sepii, widzę już te wpływ ciągnące z zachodu... Masowa moda na getry z motywami bohaterów bajek Disneya z mojego dzieciństwa, które wówczas były hitem, a dla rodziców czymś o czym oni sami nawet nie marzyli, gdy byli dziećmi – dziś zaś bez krępacji nazwałabym to szczytem bezguścia... Porównując choćby wybór ubranek dla dzieci obecnie, toć te dzieci to często już wyglądają jak mini laleczki barbie. ;D Nie pamiętam za dobrze przedszkola.. a w zasadzie pamiętam jeden tydzień... Będąc jedynaczką, ciężko było mi pogodzić się z faktem, że rodzice zostawiają mnie samą w obcym miejscu. Było to dla mnie nie do pojęcia, być może dlatego, że chowali mnie w domu przed całym światem do ostatniego dnia, gdy mogli się mną zajmować. Pamiętam płacz, wierzganie nogami i ogromną rozpacz gdy ojciec zostawiał mnie pod nadzorem przedszkolanek... Przerażenie, niechęć do innych dzieci, kompletne zagubienie... Potem to się zmieniło, normalka.. ale chyba nie zdążyłam całkiem się tam zaklimatyzować. Miałam słabą odporność, rzadko wychodziłam na spacery i nigdy mnie nie hartowano. Już w pierwszym tygodniu ciężko zachorowałam, najprawdopodobniej z powodu zabaw na świeżym powietrzu lub łapiąc bakcyla od któregoś z podopiecznych. Pamiętam jedynie, że matka obarczyła personel odpowiedzialnością za mój zły stan zdrowia i już nigdy więcej tam nie wróciłam. Wówczas zaczął się okres opiekunek.. który trwał niestety potem już do samej pełnoletności... Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
czwartek, 25.lutego.2010, 02:45
Tak to już jest... Najtrudniej jest zacząć.. Bo jak to tak? Od czego tak właściwie powinno się rozpocząć prowadzenie bloga? Czy od opisywania przeżyć z dnia dzisiejszego? W moim przypadku to raczej się nie sprawdzi... więc cofnę się sporo w swej historii życia.. aby naświetlić nieco obraz mego marnego życiorysu, do którego być może kiedyś ktoś zajrzy, przeczyta... i stwierdzi, że gówno go tak naprawdę to wszystko obchodzi.:) Choć pragnę pisać, po to by dać upust wspomnieniom... i być może wyciągnąć jakieś nowe wnioski podczas spisywania swoich ekscesów, które dałyby mi świeże poglądy. Obecnie zarówno mierzenie się z przeszłością jak i bój z teraźniejszością, w której ciężko jest mi się odnaleźć, nie należy do najłatwiejszych. Nie zmienię już minionych dziejów... Teraz wszystko przychodzi z trudem, o wszystko trzeba walczyć... A jak już się wywalczy to trzeba tego bronić do upadłego i do ostatniej iskierki silnej woli.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
|
||||
|
|
|